Kategorie: Wszystkie | Dziwnie | Pięknie | Sennie | Smutno | Straszno | Śmiesznie
RSS
poniedziałek, 24 lipca 2017
Do czasu

Zestarzeli się w tajemnicy, zdradziecko, gdzieś daleko, poza oczami, mimochodem, przez dwadzieścia lat nie dając znaku, że procesy zachodzą, że włos bieleje nie wiadomo jak, bo przecież ni zamawiali. Więc kto to jest, kto to jest, patrzyłam z miną. Nie poznajesz, nie poznajesz? Nie.

Nie znałam ich przecież tak dobrze jak czas.

czwartek, 20 lipca 2017
Bronka NOWICKA karmi kamień

W lecie się nie kupuje książek. W lecie się książki wypożycza. Z bibliotek, do których się trafi, ot tak.

W lecie się nie wie, co się chce przeczytać. Się nie planuje, się nie zamawia. Się nie odbiera paczek z wiadomą zawartością.

W lecie się nie wie i lubi się nie wiedzieć.

Albo się idzie po konkretny tytuł, a wraca z zupełnie innym.

Albo się szpera po półkach albo w stosach na podręcznym stoliku.

Entliczek pentliczek na kogo padnie..

O, Bronka Nowicka "Nakarmić kamień". Nike za debiut?

Czyta się pierwsze zdanie: Smutek mnie uczy, że służę do życia. Czyta się następne: W zasadzie jesteś sobie potrzebna prawie do niczego. I: Sweter wyprany z dziadka wisi na sznurze. Jeszcze mokry sweter prasuje się z dziadka. Dalej: Pracą smutku jest przyjść i być. Albo tak: Pewnego dnia ojciec znalazł ręce. Swoje własne. Były schowane w kieszeniach płaszcza.(...) Po kilku dniach bycia na miejscu ręce jadły, piły i pstrykały palcami. Za jakiś czas zachciało im się bić. Wtedy ojciec pokazał im mnie.

Się dzieje coś dziwnego. Całe frazy po jednym przeczytaniu zostają mi w głowie, jakby miały być nauczone na pamięć.

Same się uczą na moją pamięć.

 

 

 

 

poniedziałek, 03 lipca 2017
Péter Nádas - więcej niż "Pamięć"

Jeśli Węgry, jeśli Berlin, Wiedeń i Budapeszt to klimaty cesarstwa, to poczucie niezwykłej wręcz stabilności, piękna architektury tej dużej i tej małej.... Od razu mi się podoba! pomyślałam, czytając recenzję pana Krzysztofa Vargi w DF. Tak, bezwzględnie z dużą przyjemnością - tak.

Paczka potężna, książka potężna. Tego się nie czyta. W to się nurkuje bez aparatu tlenowego. Styl pisarza - jedno zdanie ciągnące się aż po horyzont nie jest rzadkością, jest zasadą, ścieżką strumienia myśli głównego bohatera-narratora, jego dygresji na temat, dygresji do dygresji, itd., itp. I kiedy już się gubimy i dusimy w mroku myśli, nagle następuje wynurzenie - powrót do rzeczywistości, do sytuacji, od której rozpasanie dygresyjne się zaczęło. Sposób pisania jest też hipnotycznym usypianiem ofiary, czyli czytelniczki, by potem jednym krótkim, niepokojącym zdaniem o okrucieństwie, które się wydarzyło, niebezpieczeństwie, które zagrażało, obudzić nieszczęsną wstrząśniętą i zmieszaną.

Nie wiem, dokąd poprowadzi nikła fabuła, bo dotarłam dopiero do 165 strony, jak się rozwinie akcja (chyba kompletnie niestosowne i nietrafione słowo w tym przypadku; czy tam istnieje coś takiego jak akcja?), a raczej gdzie pojawią się haczyki, na których  pisarz zaczepi zaciekawienie czytelnika, ale nieustannie chcę się zanurzać w mroczny klimat myśli bohatera-narratora i obserwować geniusza interpunkcji.

I tylko nachalnie narzuca mi się, że ten klimat już gdzieś poczułam... Czy to nie były przypadkiem "Wyznania patrycjusza" Sándora Máraiego? 

niedziela, 25 czerwca 2017
Święto OPOWIEŚCI

Znalezienie się w pobliżu osób, które zna się wyłącznie z lamów prasy albo stronic książek, to dziwna gratka. Oczywista jest jedynie sublimacja ich intelektu: wypracowana, zredagowana, przemyślana, z solidną korektą. W tej formie wydają się herosami, geniuszami, mistrzami. A potem przydarza się okazja: nadal są znakomitościami pióra, ale dochodzi wygląd, zmęczenie, upał, światła prosto w twarz. Są na wyciągnięcie ręki, sympatyczni, życzliwi, czasem zadziorni. Na pozór niczym się od nich nie różnisz Jedynie dotkliwą myślą, że może brak ci talentu.

Wczoraj w Lublinie - Brama Grodzka 21 Teatr NN - wręczenie nagród laureatom konkursu "Najważniejszy człowiek w moim życiu".  Najważniejszego z najważniejszych przedstawił pan Robert Więckiewicz. Zupełnie inaczej, niż byśmy się spodziewali.

środa, 21 czerwca 2017
Instrukcja obsługi psychopaty

 Umówiłam się, przyszłam za wcześnie, weszłam do księgarni. Naprzeciwko wejścia dwa regały z nowościami. Na lewym literacki pop, na prawym napis "Żołnierze wyklęci" i takaż literatura. O tą, tą powinna pani kupić! słyszę zza pleców gwałtowny, rozkazujący ton. Podchodzi do półki z prawej, bierze z niej książkę. Na okładce czarno-biała fotografia, na niej mężczyzna w mundurze nazistowskim. Wtyka mi książkę przed nos, jest pobudzony, szybki, nieprzewidywalny. Mam sekundę na przypomnienie sobie ze szkolenia, jak się zachować wobec terrorysty, by broń przyłożona mi do skroni nie wypaliła. 

Najpierw: nie gapić się, za żadne skarby nie patrzeć w oczy. Więc kątem oka: czarna fryzura z długą grzywką, wyraziste, mocne rysy, duży wystający nos. Prochowiec khaki, ręce w kieszeniach. Czysty aryjczyk to to nie jest.

Potem: nie ujawniać negatywnego zdania o jego wyborach, (nie ujawniam), a już na pewno nie protestować: A co mi pan tu wtyka!, (nie protestuję). Zainteresować się uprzejmie, czytaj: puścić go przodem: A o kim to jest? Albert Speer, proszempaniom, bardzo zdolny, piekielnie inteligentny, pracowity człowiek. Dwadzieścia lat przesiedział w Norymberdze, szkoda go. Jak ja, proszempaniom, szanuję Niemców, jak ja ich lubię, jaki to jest naród! Trzeba wśliznąć się umiejętnie w ten ton, podzielić go, wesprzeć nieszczęśnika. Wspieram (wbrew sobie ale za to z całych sił): A może i pan ma korzenie niemieckie? Bardzo bym chciał, ale chyba nie. Sprawdzał pan drzewo genealogiczne? Może jakiś pradziadek, praprababcia? Żałuję, ale nie. A tak nienawidzę Słowian! Słyszała pani określenie Polaczek? wybucha. Ale jest pan Słowianinem, stąpnęłam po cienkim lodzie. Niestety - szybko podlizuję się zgodnie z instrukcją. Dobrze pani powiedziała proszempaniom, niestety... Żeby chociaż trochę krwi żydowskiej to już by było lepiej... kończy zupełnie spokojnie i błyskawicznie oddala się do innych półek.

Oniemiałam.

Oddycham.

 

sobota, 17 czerwca 2017
"Tu" Lemo(o)n

Wbrew tytułowi ostatniej płyty pana Igora Herbuta i kolegów - "Tu", powiedziałabym, że nie jest ona z - tu. Jest z zupełnie innego wymiaru; z jakiegoś - tam. Może z księżyca, może z nocy, niewątpliwie - z mroku. Mrok trwał długo i boleśnie - co słychać w muzyce i w słowach. Chociaż piosenka "Scarlett" z poprzedniej debiutanckiej płyty mieściła się w tej poetyce... Tamta była jednak zbiorem cokolwiek przypadkowym, niejednorodnym; ta jest wysmakowaną całością i nie ma tak, że któryś utwór (bo powiedzieć: piosenka, to zdecydowanie za mało) wpada w ucho, wyłoni się z tego peletonu i czeka się nań podświadomie, słuchając płyty. Nic z tych rzeczy.

W jakiś sposób ta płyta boli. Aż po wizg w "Fool moon".

Tagi: muzyka
15:42, radocka , Pięknie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 czerwca 2017
Dorota Masłowska podstępnie rządzi światem

Pani Dorota Masłowska ostatnio dała nam do przemyślenia zagadnienie: "Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu". Nie ma na końcu znaku zapytania, więc to teza, której istotę nam objaśni, pomyślałam zaintrygowana, bo kto by nie chciał przejąć kontroli nad czymkolwiek, a już nad światem, to oczywiste. Tym bardziej bez wychodzenia z domu, ergo: obietnica wygodnego zalegania na kanapie i jednocześnie posiadania w garści nitek kontrolujących wszystko i wszystkich, no to ach!

Tymczasem okazało się, że spiritusem movensem jest jak zawsze gadka o śmieciach tego świata w wydaniu wszechogarniającym oraz ponadczasowym. Pani Masłowska ma oko-ucho-dotyk bezwzględnie wyczulony na ich przejawy, choćby nie  wiem jak chciały się przyozdobić, przebrać, podmalować i udawać, że ze szlachetnych są materiałów, tkanin i intencji zrobione. Nic z tych rzeczy. Pani DM czuwa.

Za późno się gapnęłam, iżby pobrać ołóweczek i zaznaczać sobie co trafniejsze frazy i nazwania rzeczy ogólnodostępnych. Nie miałam możliwości, gdyż książka mnie wciągnęła w głębię i nie chciała wypuścić, mimo, iż prosiłam, że mam już inną zapoczętą, a nie zwykłam dwóch czytać naraz i tamta ma pierwszeństwo. To porzucisz, usłyszałam, ja pierwsza, ja ważniejsza, ja najlepsza na świecie, jak przekupka jazgotała. No i ani ołóweczka nie zdołałam, ani porządku rytualnego zachować.

Tyle zapamiętałam, że playlista, to muzyka gospodarcza, formularze zbawieniowe, funeralna kindersztuba. Rada bym po wszystkim uwolniona pobrać ołóweczek i prześledzić jeszcze raz, ale muszę wracać do porzuconej pierwszej czytanki, bo mnie znienawidzi na śmierć.

A może to jest właśnie  ten przebiegły sposób osiągnięcia przez panią DM pełnej kontroli nad światem; trzeba czytać jeszcze raz i jeszcze raz, aż do nauczenia na taką pamięć, co to obudzeni w środku nocy będziemy recytować bez zająknienia.

środa, 07 czerwca 2017
Szerokie(j) drogi

A co to jest po dwa pasy w każdą stronę? Po cztery! Co to za robota, żeby się samochód o samochód ocierał. Wygodnie ma być! A ci się uparli na te drzewa i jakieś protesty po nocach robią! Żółtą folią owijają, żeby wszyscy widzieli. A co oni nie wiedzą, że samochód potrzebuje miejsca do jeżdżenia? A jeszcze i rowerzyści się drą, że za mało ścieżek rowerowych! A miejscy, że transport publiczny, że buspasy, albo nie zdążą na czas. Skręcać trudno, prosto wąsko, muszą gdzieś to miejsce znaleźć. No to co, że piękne, że się przyjęły, że urosły. Co to za argument jest! Kawałek trawnika między pasami zostanie i wystarczy! No i co z tego, że cienia nie będzie. Włączy się klimę i styknie. A po co będziesz piechotą chodzić! Jakieś spacery wymyśliła. Pójdziesz w niedzielę do botanika i cały dzień się za szóstkę naspacerujesz. I drzewa, i cień, i świeże powietrze. Specjalnie dla niezmotoryzowanych wymyślone.

 

sobota, 03 czerwca 2017
Mistrzyni Maria Callas, czyli klasa Krystyny Jandy

Bywają takie chwile w życiu człowieka, kiedy klaszcze, klaszcze, klaszcze z całych sił, bolą go od tego dłonie i nadgarstki, a i tak ma wrażenie, że za słabo, za słabo... Tak czułam się wczoraj, kiedy widownia stojąc dawała wyraz zachwytowi sztuką "Maria Callas. Master class" Terence'a McNally, w reżyserii pana Andrzeja Domalika. Połączenie teatru z operą, a ściślej arii operowych w wykonaniu znakomitych śpiewaków, z aktorstwem pani Krystyny Jandy, to było coś tak bezwzględnie, dojmująco, dożylnie poruszającego, że tyle powiedzieć, to nic nie powiedzieć. Najsłynniejsze arie, wypływające z kompletnej ciemności i tylko jedno ciepłe, punktowe światło na samotną Callas-Jandę, wspominającą swoje życie prywatno-uczuciowe. Nieuchwytna czasoprzestrzeń, ni scena, ni teatr, ni miasto. Najciemniejsza noc, zawieszenie, wniebowstąpienie. Nieziemski czar płynął od sceny sztuk i lądował ciarkami na moich plecach. Uśmiechałam się w ciemności do samej siebie, bo wiadomo, że nic bardziej, nic mocniej w teatrze wydarzyć się nie może, że właśnie wydarzyło się w s z y s t k o.

Pani Krystyna Janda nie zawodzi. Po prostu.

Dziegieć w tej beczce miodu był następujący: wśród zachwyconych nadwrażliwców trafiła się jedna przeżywająca, której się wydawało, iż aktorka mówi do niej, więc jej odpowiadała. Siedziała za moimi plecami, ktoś syknął. Może to byłam ja, gdyż zwykle sykam w obronie. Nie pomnę, gdyż przebywałam w odurzeniu sztuką. Potem zaczęła głośno rechotać, żeby dać znać na scenę, iż odbiór jest żartów prawidłowy. Na to się odwróciła pani przede mną z pytaniem: A kto tam tak głośno się śmieje? Ja? spytała pobratymki, z która do sztuki świątyni przybyła. Nastała święta cisza. Do czasu.

W antrakcie usłyszałam za sobą: A ten z to poduszko to w "Uchu prezesa" też gra role. A to Jande to ja nawet lubie...

 

środa, 31 maja 2017
Podróżnicy, czyli jak się niebanalnie zaprezentować na obczyźnie

Stali pod wiatą przystanku, z którego można się przesiąść wszędzie, tzw. węzeł komunikacyjny. Węzeł miał im rozwiązać drogę na lotnisko. Kilka osób doradzało, jak dojechać. Lekko łamana polszczyzna dobiegła, jeśli polszczyzna może dobiegać, a tym bardziej łamana, do moich uszu. A gdzie chcecie lecieć? Do Hamburga. A stamtąd do Szwecji. No to trzeba przejść na przystanek po drugiej stronie ulicy.

Nie trzeba było przechodzić, bo piątka z tego wiezie prosto na lotnisko, ale zanim pomyślałam, już ruszyli. I wtedy oczy moje ujrzały wzorcowy strój podróżny: wygodny, przewiewny i tani. Pani wagi bardzo słusznej: szerokie spodnie dresowe, na to gustowna kurteczka typu trójkąt, zakrywająca co trzeba. Włosy - prosto od fryzjera, podcięte, nalokowane, nalakierowane. Pan - ooo, i tu pomyślałam, że taki widok na początek dnia, to czysta radość - ciemnoniebieski dres kreszowy, trochę za duży, po bokach żółte lampasy. Niechybnie dres narodowy. Na plecach napis majuskułą: UKRAINA i jeszcze spacja po każdej literze, żeby starczyło na całe ukraińskie plecy.

Pewnie się przed Hamburgiem przebiorą w garnitur i garsonkę, ale tutaj... Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90
Archiwum
O autorze
Zakładki:
Z pamięci i z wyobraźni