Kategorie: Wszystkie | Dziwnie | Pięknie | Sennie | Smutno | Straszno | Śmiesznie
RSS
czwartek, 20 września 2018
JULIUSZ, czyli życie za rogi

Poszłam na komedię, a wyszłam z wrażeniem, że obejrzałam film mądry. Trudno oczekiwać wiele, gdy reżyser - pan Aleksander Pietrzak - ma dopiero dwadzieścia sześć lat, a scenarzyści - panowie Abelard Giza i Kacper Ruciński - żadnego doświadczenia w tej mierze. 

A jednak.

Nawet mało wyszukane żarty, jak obłożenie nagusów wędlinami, czy wiszący w samochodzie gadżet-kutasik, nie żenują. 

Obsada sprawiła się świetnie, a już pomysł obsadzenia wybitnych aktorów w rolach drugoplanowych, epizodach, bądź jedynie dania na chwilę twarzy w obiektyw - kapitalna. Wyłuskiwało się te momenty jak rodzynki z ciasta - panie Krystyna Janda, Ewa Wiśniewska, Izabela Trojanowska, panowie Andrzej Chyra, Jerzy Skolimowski, Maciej Stuhr. Duet ojciec-syn, panowie Jan Peszek i Wojciech Mecwaldowski, zgrany i przejmujący. Pan Jan Peszek - koncert talentu, warsztatu, doświadczenia, lekkości. Jak to dobrze, że mamy takie aktorskie skarby. Korzystajmy póki czas.

A już spojrzenie pani weterynarz - Anna Smojłowik - kiedy Juliusz ma potwierdzić/zaprzeczyć, że to jego dziecko, pełne nadziei a zarazem przygany - majstersztyk.

 

poniedziałek, 17 września 2018
Orfeusz i Eurydyka, czyli ogień i drewno

Zwabiona mrocznym pięknem sztuki pana Mariusza Trelińskiego w "Domu umarłych", licząc na równie mocne wrażenia, wczorajszy wieczór oddałam "Orfeuszowi i Eurydyce"  Christopha Willibalda Glucka. Opera osiemnastowieczna, muzyka dużo łagodniejsza, dla współczesnego widza ciągnąca się chwilami nazbyt długo. Współczesna interpretacja mitu przez pana Mariusza Trelińskiego tylko czasem "grała" z muzyką. 

Rzecz miała jednak mocne, poruszające momenty. 

Kapitalne furie - tak choreografia pana Tomasza Wygody, jak i wiotkość tancerek podkreślona kostiumami; scenografia pana Borisa Kudli­cki, ale naj, naj, naj była pani Bożena Bujnicka jako Eurydyka (Euridice, Euridice...) - aktorstwo najwyższej próby od pierwszej sceny do ostatniej rozpaczliwej arii, wywołującej u widzów łzy. A to śmiertelne osuwanie się zawsze w tym samym miejscu przy drzwiach - to jakiś cień, mara. Jak by nie miała kręgosłupa. Przejmująca do szpiku kości.

No i nieszczęsny, drewniany Orfeusz. Pan Jacek Jaskuła pozostał w osiemnastowiecznej konwencji scenicznej - cały wysiłek wkładał w śpiew, kreacja była przeszkadzającym dodatkiem. Sztywny, nieruchawy, nieprawdziwy. A jak się starał nie spojrzeć na ukochaną, jak się starał... Kazali, to robię, ale mam w tej sprawie inne zdanie. Ograny chwyt z głaskaniem, przytulaniem się do sukni umarłej wykonywał tak, jakby to była rzecz osoby, której nigdy nie znał. Prawda sceniczna pojawiała się, gdy patrzył w laptop.

Umarła była bardzo żywa, a żywy był martwy.

W tej sytuacji nie ma się co dziwić, że Eurydyka się pochlastała.

 

Tagi: opera
10:26, radocka , Pięknie
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 września 2018
Na CHLEB ze smalcem

Cykl świąt żywnościowych miał w ubiegłą niedzielę swoją kolejną odsłonę. W lubelskim skansenie doroczne Święto Chleba.

Kolejka do dwóch kas biletowych wiła się z pół kilometra. Odstawszy dwadzieścia minut, przedtem cisnąc się w zatłoczonej do granic osiemnastce, porwana przez ciżbę sunących ku straganom, dotarłam i patrzę. 

Żadne mecyje. Wszystkie te chleby w spożywczym można kupić. Przaśne ciasta - na bazarze. Kotlety, bigos, placki ziemniaczano-warzywne. Jeszcze niczego nie kupiłam, a tu - co za traf - spotkałam koleżankę. Stanęła przede mną z trzema chlebami, w tym dwoma ze śliwką i żurawiną. W ramach reklamy - powiedziała, więc podstawiłam torbę. Stoiska pustoszały, kolejka po bilety nie zmniejszała się. Gawiedź - wszyscyśmy wszak z wioski - jadła nasze dziedzictwo kulinarne, zarejestrowane gdzie trzeba, poprawiała bigosem i lodami. Usiadłam na przyzbie z kawałkiem szarlotki.

Miałam już chleb, wracałam do domu. Z dala dobiegły mnie dźwięki tak witalne, że zawróciłam. Usiadłam na przyzbie. Na scenie cztery chłopiska w białych koszulach, haftowanych czerwonymi krzyżykami. Głosiska żyzne i urodzajne jak ukraiński czarnoziem, pieśni duszoszczipatielnyje, rzewne i dowcipne. Mandolina, fujarka, akordeon, tamburyn. Zaśpiewajcie z nami, poprosili i zaintonowali "Hej sokoły!" Niestety rozłożony na leżakach Polak, na weselach drący się na wyprzódki, pozostał niemy i nieruchomy. Stoisk z wyszynkiem brak.

Kapela nazywała się "Ja i syny", przy czym syny były niemal w tym samym wieku co ja.Czy oni ludowi, nie wiem, artyści - na pewno. Na koniec wyszedł na scenę wysoki, wąsaty blondyn i raźno zakrzyknął: Niech żyje Polska! Niech żyje! odpowiedziała chętnie gawiedź. Niech żyje Ukraina! Z zawahaniem, ale jednak: Niech żyje! Niech żyje wasza-nasza Ukraina! Tu zrobiła się cisza, bo Polak podejrzliwy jest. Może to prowokacja? Niech żyje! odkrzyknął sam sobie i wtedy już wszyscy pojęli, że ukrzywdzić nas nijak nie chciał. Raczej się przypodobać.

poniedziałek, 10 września 2018
Kubki smakowe Europy

Na Lubelski Festiwal Smaku poszłam, gdyż zamarzył mi się jakiś zagraniczny obiad. Do wyboru były frykasy hiszpańskie, węgierskie, armeńskie, litewskie, włoskie, francuskie. Z polskich: podlaskie - ciastka maszynkowe, makowce, serowce, sery korycińskie; góralskie - bryndza, oscypek, skarpety wełniane, skóry owcze, kapcie; benedyktyńskie - nalewki na zdrowie i choroby, lubelskie - placki ziemniaczane, gryczaki, pierogi wszelkie.

Przy wielkich patelniach z kolorowym gulaszem stał jedynie Węgier. Przy polskiej, wypełnionej apetycznie wyglądającym bigosem - dwójka Polaków z rozgoryczeniem w oczach. Przy litewskich czarnych chlebach i brązowych pętach kiełbas - drobna Litwinka. Tłum kłębił się przy mizernie się prezentującym stoisku armeńskim. Czarnowłosa Armenka z przyklejonymi długimi rzęsami wytuszowanymi do nieprzytomności, wyglądała groteskowo. Zamówione specjały przygotowywała ze słowami: Niuniu, chwilkę się podgrzeje, będzie lepszy. I przekazywała potrawę Armenowi. Stał obok, pilnując żarzącego się grilla. Chaczapuri i szaszłyki szły jak woda. Trzeba było czekać na miejsce przy stoliku.

U Polaków zjadłam kapitalne placki ziemniaczane z sosem czosnkowym; dołączyłam do kolejki armeńskiej i jako niunia - bulgur z ziołami i baraniną, gołąbki w liściach winogron. Z żalem minęłam gulasz węgierski, gdyż Budapeszt, ach.... Przystanęłam przy benedyktyńskich nalewkach, poustawianych równiusieńko oraz chudziutkim dziewczęciu, nietkniętym żadnym grzesznym kosmetykiem. Zaraz pojawiła się tam pani, skarżąca się na stawy i potrzebującą leku. Pani weźmie ulotkę i poczyta, powiedziało radykalnie i opryskliwie dziewczę, ja nie wiem od czego one panią bolą. Od reumatyzmu, czy od otyłości? Czytać to ja będę w domu, dama wcisnęła ulotkę do torebki bez należnego uszanowania, teraz niech mi pani naleje coś na te stawy. 

Pokrzywówka, powiedziało dziewczę, pokrzywówka będzie najlepsza.

 

piątek, 07 września 2018
Pan Pomidorowy

Zawsze jest w tym samym miejscu na bazarku. Nie w głównej, wąskiej uliczce, zakorkowanej klientami, tylko ciut  na lewo, oparty o sklep cukierniczy. Przed sobą ustawia sterty skrzynek z pomidorami, papryką, cebulą i kabaczkiem. Chyba nie przepada za swoimi warzywami, bo brzuszysko zwisa mu do kolan. Świeży, wygolony, wypachniony i - od rana zły. Bo ci ludzie tacy niewychowani! Co który przystanie, to od razu ręce pcha do towaru. Nie macać! Nie ściskać! Nie dotykać! Świeże jest! Nie grzebać! Ja podaję! - wydaje komendy porządkujące. Dziesięć kilo w dwie reklamówki? Dam jedną większą i wystarczy!

Kolejka do Pomidorowego stoi zawsze. Dla warzyw prosto z pola warto dać się nawet sponiewierać.

sobota, 01 września 2018
MOJA WALKA moje męczeństwo

Nigdy się tak nie namęczyłam czytając książkę. Już początkowe spostrzeżenia formalne powinny mnie przygotować i odstręczyć: ponad tysiąc stron i - w stosunku do poprzednich pięciu części powieści pana Karla Ove Knausgårda - zmniejszona czcionka; zapewne żeby nie było ich półtora tysiąca. 

Wcześniej zasłyszane: Szósta? A, to ta o Hitlerze. Jasne, pomyślałam, Mein kampf, przecież. No i zaskoczenie: z miłej w czytaniu powieści o codzienności pisarza, wpadamy erudycyjny esej na temat życia, osobowości Adolfa oraz detektywistycznych niemal dociekań, skąd się wziął ten potwór i jak stworzył miliony podobnych sobie. W robocie jest literaturo- i religioznawstwo, poezja, sztuka i filozofia. Trzeba przyznać, że autor nie zaniedbał samokształcenia, bo na studiach głównie się upijał. 

Analiza jest przeciekawa i nie pozbawiona logiki. Aż żal tego małego chłopca, bitego przez ojca, szybko osieroconego, pozostawionego bez dachu nad głową i środków do życia. Wygłodzonego, zziębniętego, pokręconego wewnętrznie samotnika, który nagle zauważył, że ma dar przemawiania, że trafia słowem w oczekiwania słuchających. Zakłada partię i odgrywa się za swój nędzny los. 

Moim zdaniem Hitler nie do końca był świadomy do czego doprowadzi. To typ nader emocjonalny, psychopatyczny; rozpętał burzę, a potem go to niosło. Popychał go lęk: niczego nie umiał, niczego innego w życiu nie robił.

Jednak poszukiwanie przez pisarza podobieństw uwarunkowań życiowych Hitlera i siebie - darowałabym.

Żona, trójka dzieci, odpowiedzialność za ich utrzymanie, masa obowiązków domowych, wstawanie nad ranem, by w spokoju pracować - trudno się nie dziwić, że pisarz, a właściwie jego zdrowie to wytrzymuje. Z drugiej strony potyka się o niezadowolenie tych, których uczynił bohaterami książki, często prezentując intymności jeden do jednego. Życie pod taką presją i w takim napięciu wydaje się nie do wytrzymania. Ale to cena za materię do książek. Natomiast wyznaczanie sobie czasu na napisanie kolejnych tomów na osiem - sześć tygodni to szaleństwo. Za taki wyścig z samym sobą autor płaci lękiem, złością, frustracją, wiecznym niezadowoleniem. Nie daje sobie czasu na smakowanie sukcesu, nacieszenie się odpoczynkiem. 

Ekshibicjonistyczne wyznania pisarza powinny mieć ograniczenia. To ostatnie bym sobie odpuściła. Dla mnie nowa książka to powód do celebry, dla niego - rollercoaster.

Z trzeciej strony - Strzelec musi mieć napracowane. Inaczej po cóż mu żyć?

środa, 15 sierpnia 2018
Do babci, do dziadka!

Sąsiedzi, dziadkowie dwóch wnuków - dwunasto- i ośmiolatka - całe wakacje mają ich pojedynczo, na zmianę z drugimi, na głowie. A w domu ani komputera, ani komórek, telewizja ograniczona czasowo, słodycze ograniczone ilościowo. Nie mają też żadnych kolegów ani koleżanek, zresztą nie zabiegają o nich. Któregoś dnia już w sierpniu spytałam sąsiadkę, czemu rodzice aż tak zapracowani? Nie, mają urlop, odpowiedziała, właśnie są nad morzem, a potem jadą za granicę. A dzieci? Dzieci nie chcą nigdzie jeździć. Młodszy powiedział: Nudno nad tym morzem. Tylko fale i fale...

środa, 25 lipca 2018
INNI LUDZIE, czyli Masłowska prezentuje

Wejść w sposób myślenia i pojmowania spraw kogoś radykalnie innego niż my sami, to duża sztuka. Czy to kwestia wyobraźni, czucia czy też tajemnych sił, pomagających przeniknąć w głąb mózgu przeciętnego Polaka? A może jego sposób myślenia jest tak schematyczny i nieskomplikowany, że przy dużej dozie inteligencji, spostrzegawczości i pamięci można się tego nauczyć?

Odpowiedź na te pytania zna specjalistka od tzw. przeciętnego Polaka, opisująca od lat jego zachowania, dająca portret przenikliwy, ironiczny, prześmiewczy ale i odstręczający zarazem, pani Dorota Masłowska. W ostatniej książce "Inni ludzie" tytułem zaznacza własną opozycyjność. Ja i inni. My i inni. Przymiotnik "inni" nie stygmatyzuje, nie jest nacechowany negatywnie, ale...

Niezaprzeczalną zaletą  kolejnych książek pani Doroty Masłowskiej jest ich cienkość. W czasach, gdy wszyscy ścigają się w ilości zapisanych stron, ona rozumie, co znaczy lapidarność.

Przy okazji: I reżyser pan Wojciech Adamczyk w serialu "Ranczo", i teraz pani Dorota Masłowska w "Innych ludziach" robią reklamę miasteczku Radzyń, używając jego nazwy. Inne miasta dotują produkcje filmowe, byle tylko ekipy kręciły w ich scenerii. Radzyń Podlaski dostał taki prezent za darmo i nie zdyskontował go. Potraktował jak gorący kartofel, bo nie wiedział co z tym zrobić. Nie takie skarby się marnotrawiło, prawda? 

środa, 20 czerwca 2018
Czytania zanikanie

Po latach burzliwego rozwoju naszej demokracji, kiedy to wszyscy zachłysnęliśmy się przemianą szarego w kolorowe, wolnego w szybkie, głupiego w mądre, nagle dało się zauważyć, że mądre ma pewne granice i jakoś przestaje go wystarczać, by zastąpić nim głupie. Z mądrym jest bowiem tak, że trzeba się napracować, by wytworzyć go choć odrobinę, głupie bez wysiłku rozrasta się samo.

Mądrzy panowie i panie pokazujący się w telewizji zawsze na tle półek z książkami gdzieś znikli, za to zaczęli się pokazywać inni na tle bazarów, targowisk, dziurawych dróg, maszyn, narzędzi rolniczych, ale także symboli narodowych, religijnych oraz wszelkich formacji mundurowych. Wynik takiej zmiany daje się we znaki i da się nam jeszcze nie raz.

Najtrafniejszą i najdowcipniejszą diagnozę dzisiejszego stanu rzeczy, czyli zaniku potrzeby czytania, do której i ja się przyłączam, dał pan Michał Ogórek w roku 2001 na łamach. "(...)bo to się robi po cichu." (tzn. czyta książki) I dalej: Zajęcie, wokół którego nie robi się hałasu, nie ma dziś żadnych szans, żeby się przebić."

Zastanawiajmy się, wokół czego warto robić hałas.

piątek, 15 czerwca 2018
OPOWIADANIA BIZARNE, czyli oddech

        Kiedy ekipa poszła, słońce zaczęło właśnie zachodzić i wtedy ujrzała niezwykły widok - czubki drzew gęstego północnego lasu jarzyły się pomarańczowym światłem jak kandelabry, odbijając się w wodzie jeziora. Zapadała noc. Widziała, jak ciemność wysnuwa się spod korzeni drzew, spod kamieni leśnej ściółki, jaki dobywa się z głębin jeziora. Kształty nagle wyostrzyły swoje krawędzie, jakby wszystkie rzeczy chciały sobie jeszcze raz uświadomić własne istnienie, zanim przepadną w mroku. Świece drzew zgasły i nagle skądś przypłynęło zimne powietrze, poprzedzając noc (...). "Transfugium"

Jak mam w domu książkę pisarki, którą czytam od lat, tu - od początku - to jak bym dostawała kolejny kawałek czyjegoś najbardziej intymnego świata, coś z najgłębszych, nieprzeniknionych nawet dla niego samego, głębin. Pozwalam, by ten świat postał trochę na półce zanim weń wejdę, bo każde przeczytane słowo jego istnienie unicestwia. Nie da się pierwszej miłości przeżyć po raz drugi.

Świat prozy pani Olgi Tokarczuk to świat nieprzenikniony, mimo szlachetnej prostoty zdań i nieskomplikowanych pomysłów fabularnych. Stawia bohatera wobec jakiejś sytuacji i obserwuje go. Obserwacje zapisuje. Wszystko toczy się jakby pozarozumowo i pozazmysłowo. W klimacie książek pisarki jest nieuchwytność i melancholia. Jjej znak rozpoznawczy, do którego w latach posuchy, tęsknię. 

"Opowiadania bizarne" cieszą tym bardziej, że są krótkie, a i ich zbiór jest krótki, co mnie - wymęczoną ostatnio lekturą książek co najmniej ponadpięćsetstronicowych - pozwala odetchnąć. Jedna perła bywa cenniejsza, niż cały sznur.

Są zdania, które lśnią w gmatwaninie innych zdań:
Błysk zapałki przedziurawił na chwilę ciemność, (...).
Dżem z truskawek, własnej roboty, okazał się popsuty - sinoszare oko pleśni patrzyło na niego prowokująco i bezczelnie.
Nad ulicą wiły się bowiem i wirowały ogony spalin, wkręcając się w nosy nielicznym przechodniom.

Jest poruszająca "Prawdziwa historia" z motywem obcokrajowca, który przyjechał na konferencję naukową, a potem wyszedł zwiedzić miasto. Eufemistycznie mówiąc, okazało się ono bardzo nieprzychylne. To obraz nas Polaków zwilczonych, widziany oczami człowieka o skrajnie innej mentalności i takimż podejściu do życia. Natychmiast nasunęło mi się opowiadanie siostrzane sprzed lat - "Profesor Andrews w Warszawie" z tomu "Gra na wielu bębenkach" autorskiego Wydawnictwa Ruta z 2001 roku. To dzieje się w Warszawie stanu wojennego, tamto - współcześnie.Tak jakby autorka badała, czym różnił się tamten Polak od tego. Pozostaje odczucie lęku przed niezrozumiałą dzikością tutejszych ludzi. I nieprawdopodobne odczucie pustki.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
Archiwum
Zakładki:
Z pamięci i z wyobraźni