Kategorie: Wszystkie | Dziwnie | Pięknie | Sennie | Smutno | Straszno | Śmiesznie
RSS
środa, 20 czerwca 2018
Czytania zanikanie

Po latach burzliwego rozwoju naszej demokracji, kiedy to wszyscy zachłysnęliśmy się przemianą szarego w kolorowe, wolnego w szybkie, głupiego w mądre, nagle dało się zauważyć, że mądre ma pewne granice i jakoś przestaje go wystarczać, by zastąpić nim głupie. Z mądrym jest bowiem tak, że trzeba się napracować, by wytworzyć go choć odrobinę, głupie bez wysiłku rozrasta się samo.Po latach burzliwego rozwoju naszej demokracji, kiedy to wszyscy zachłysnęliśmy się przemianą szarego w kolorowe, wolnego w szybkie, głupiego w mądre, nagle dało się zauważyć, że mądre ma pewne granice i jakoś przestaje go wystarczać, by zastąpić nim głupie.

Mądrzy panowie i panie pokazujący się w telewizji zawsze na tle półek z książkami gdzieś znikli, za to zaczęli się pokazywać inni na tle bazarów, targowisk, dziurawych dróg, maszyn, narzędzi rolniczych, ale także symboli narodowych, religijnych oraz wszelkich formacji mundurowych. Wynik takiej zmiany daje się we znaki i da się nam jeszcze nie raz.

Najtrafniejszą i najdowcipniejszą diagnozę dzisiejszego stanu rzeczy, czyli zaniku potrzeby czytania, do której i ja się przyłączam, dał pan Michał Ogórek w roku 2001 na łamach. "(...)bo to się robi po cichu." (tzn. czyta książki) I dalej: Zajęcie, wokół którego nie robi się hałasu, nie ma dziś żadnych szans, żeby się przebić."

Zastanawiajmy się, wokół czego warto robić hałas.

piątek, 15 czerwca 2018
OPOWIADANIA BIZARNE, czyli oddech

        Kiedy ekipa poszła, słońce zaczęło właśnie zachodzić i wtedy ujrzała niezwykły widok - czubki drzew gęstego północnego lasu jarzyły się pomarańczowym światłem jak kandelabry, odbijając się w wodzie jeziora. Zapadała noc. Widziała, jak ciemność wysnuwa się spod korzeni drzew, spod kamieni leśnej ściółki, jaki dobywa się z głębin jeziora. Kształty nagle wyostrzyły swoje krawędzie, jakby wszystkie rzeczy chciały sobie jeszcze raz uświadomić własne istnienie, zanim przepadną w mroku. Świece drzew zgasły i nagle skądś przypłynęło zimne powietrze, poprzedzając noc (...). "Transfugium"

Jak mam w domu książkę pisarki, którą czytam od lat, tu - od początku - to jak bym dostawała kolejny kawałek czyjegoś najbardziej intymnego świata, coś z najgłębszych, nieprzeniknionych nawet dla niego samego, głębin. Pozwalam, by ten świat postał trochę na półce zanim weń wejdę, bo każde przeczytane słowo jego istnienie unicestwia. Nie da się pierwszej miłości przeżyć po raz drugi.

Świat prozy pani Olgi Tokarczuk to świat nieprzenikniony, mimo szlachetnej prostoty zdań i nieskomplikowanych pomysłów fabularnych. Stawia bohatera wobec jakiejś sytuacji i obserwuje go. Obserwacje zapisuje. Wszystko toczy się jakby pozarozumowo i pozazmysłowo. W klimacie książek pisarki jest nieuchwytność i melancholia. Jjej znak rozpoznawczy, do którego w latach posuchy, tęsknię. 

"Opowiadania bizarne" cieszą tym bardziej, że są krótkie, a i ich zbiór jest krótki, co mnie - wymęczoną ostatnio lekturą książek co najmniej ponadpięćsetstronicowych - pozwala odetchnąć. Jedna perła bywa cenniejsza, niż cały sznur.

Są zdania, które lśnią w gmatwaninie innych zdań:
Błysk zapałki przedziurawił na chwilę ciemność, (...).
Dżem z truskawek, własnej roboty, okazał się popsuty - sinoszare oko pleśni patrzyło na niego prowokująco i bezczelnie.
Nad ulicą wiły się bowiem i wirowały ogony spalin, wkręcając się w nosy nielicznym przechodniom.

Jest poruszająca "Prawdziwa historia" z motywem obcokrajowca, który przyjechał na konferencję naukową, a potem wyszedł zwiedzić miasto. Eufemistycznie mówiąc, okazało się ono bardzo nieprzychylne. To obraz nas Polaków zwilczonych, widziany oczami człowieka o skrajnie innej mentalności i takimż podejściu do życia. Natychmiast nasunęło mi się opowiadanie siostrzane sprzed lat - "Profesor Andrews w Warszawie" z tomu "Gra na wielu bębenkach" autorskiego Wydawnictwa Ruta z 2001 roku. To dzieje się w Warszawie stanu wojennego, tamto - współcześnie.Tak jakby autorka badała, czym różnił się tamten Polak od tego. Pozostaje odczucie lęku przed niezrozumiałą dzikością tutejszych ludzi. I nieprawdopodobne odczucie pustki.

 

poniedziałek, 11 czerwca 2018
ZIMNA WOJNA, czyli gorąca miłość

Fakt, naczytałam się. Jaki piękny, jaki precyzyjny, jakie kunsztowne role. Nie powinnam, to przeszkadza w odbiorze.

Film jest szarpaniną epizodycznych spotkań dwojga ludzi, których łączy miłość, ale co to za miłość? On, czyli Wiktor - pan Tomasz Kot - uciekinier ze stalinowskiej Polski, mieszka i pracuje w Paryżu, ona Zula - pani Joanna Kulig - nie odważyła się uciec z nim. Wiedzie życie bogate uczuciowe(?) w Polsce, wychodzi za mąż, ma dziecko, wpada do Paryża, spędza tam czas jakiś, potem wyjeżdża, znów wraca, a widz czeka, kiedy sytuacja się wyklaruje, kiedy wreszcie będzie, że żyli długo i szczęśliwie. On się naraża, jeździ za nią do krajów komunistycznych, w których Mazurek koncertuje, w końcu wraca do Polski, odsiaduje swoje w więzieniu, byle tylko być blisko niej, skoro ona nie chce być blisko niego. I tak to jest: on jawi się jako ta opoka, ona niestabilna emocjonalnie, temperamentna, uwikłana w brudne sprawki; jak by to powiedziała moja znajoma: sucz i tyle. Wodzi go na pokuszenie, a potem wodzi go za nos. Dziwna para-niepara. Dlaczego ona wraca do komunistycznej, opresyjnej Polski, kiedy wystarczyłoby po prostu zostać? 

Film taki piękny, że aż za piękny, tak doskonały, że aż za doskonały. Dzięki irytującej Zuli - pani Joanna Kulig - łapiemy równowagę.

Po nieoczekiwanie zaskakującym zakończeniu nikt nie ruszył się z foteli. Leciały napisy, wszyscy na coś czekali. Wyszłam pospiesznie do toalety. Po kilku minutach pojawiła się tam sąsiadka z widowni. To już koniec? spytała z wyraźną pretensją w głosie, jak bym była Pawłem Pawlikowskim.

Muszę ten film jeszcze raz usłyszeć.

 

wtorek, 05 czerwca 2018
POŻEGNANIA, czyli koniec świata

Kiedy sprawdzałam w programie tygodniowym, jaki spektakl szykuje się na poniedziałek, tytuł "Pożegnania" niewiele mi powiedział. Pamiętałam powieść pana Stanisława Dygata pod tym samym tytułem, ale taka tematyka? W tych czasach?

A jednak.

Premierowy spektakl w Teatrze Tv w reżyserii pani Agnieszki Glińskiej - zawsze marzyłam, żeby "coś" jej zobaczyć - był urzekający. Klimatyczny, lekki, mimo całego ciężaru tematyki, z kapitalną choreografią i muzycznymi przerywnikami w części przedwojennej, aktorami poprowadzonymi tak, że nikt nie wystaje ponad, wszyscy są trybikami w jednej maszynie. A każdy gra najlepiej jak potrafi.

I ta mglistość, i ten woal. Znak rozpoznawczy pani reżyser.

Spektakl przeniesiono z Teatru Narodowego. Powstał w 2012.

 

Tagi: teatr
08:50, radocka , Pięknie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 czerwca 2018
Działka na kolanach

Odkąd zarząd ogródków działkowych ogłosił konkurs na najbardziej zadbany spłachetek, mąż bardzo się starał. Obaj z synem ułożyli krawężniki, żeby ładnie było. Czwórkę dostałem, powiedział wczoraj jak wrócił. Wysoka komisja przeszła się alejkami, zatrzymywała przy każdej i wypełniała tabelki. Z podsumowania wyszło. A dlaczego nie piątka, spytałam. Bo nie zdążyłem pobielić krawężników, opowiadał przejęty. A byli tacy, co dostali dwóje? Byli. I co z nimi? Do poprawki? Nie. Członkostwo do kasacji.

Rano okazało się, że boli go prawa noga w kolanie. Że zakwasy od przytupywania zasadzonych roślin. Kolejnego dnia bolała jeszcze bardziej. No, całkiem kaleka. Niedziela była, siedzieć w szpitalu godzinami? A od czego ortopeda w rodzinie? Przez telefon kazał okłady robić i usztywnić. I ja mu co i raz zawijam, odwijam, zmieniam okład, znów zawijam. A następnego dnia do przychodni, prześwietlenia i się okaże.

Po wszystkim, z zaleceniem leżenia, mąż że leżeć nie będzie, bo papryka jest już do wysadzenia, pomidory do wysadzenia, wszystko się zmarnuje. Jeździ samochodem i na kolanach sadzi.

A ty nie mogłabyś mu pomóc? Ja tam w ogóle nie jeżdżę. Siedzieć i patrzeć głupio, a robić nie mam zamiaru.

czwartek, 24 maja 2018
MOJA WALKA. Księga piąta

Ta część powieści pana Karla Ove Knausgårda to ciąg dalszy dorastania, dojrzewania, kształtowania się osobowości głównego bohatera. Po roku pracy na prowincji wyjeżdża do Bergen kształcić się w Akademii Sztuki Pisania. Bergen z około 190 tysiącami mieszkańców to dla Karla Ovego metropolia.

Niestety, nie jest ani bardziej zrównoważony, ani odpowiedzialny. Pije na umór, po pijanemu wdaje się w sytuacje skrajnie niebezpieczne, potem się wstydzi. Ciągle próbuje pisać, dostaje szesnaście odmów publikacji, w końcu debiutuje. I jeszcze ten ciągły deszcz!

Jeśli chcielibyśmy wizualizacji młodości durnej i chmurnej, to Karl Ove jest jak wzorzec z Sevres. Książka pozwala też zrozumieć, dlaczego tak wielu dwudziestolatków ginie tragicznie w różnych okolicznościach.  Nigdy przedtem i nigdy potem człowiek nie jest tak skrajnie głupi. Karl Ove ma niskie poczucie własnej wartości: wszyscy lepiej piszą, wszyscy lepiej się uczą, wszyscy potrafią utrzymywać związki. Karl Ove się nie uczy, nie chodzi na zajęcia, upija się niemal co noc do nieprzytomności, kradnie rowery, zdradza swoją dziewczynę, próbuje narkotyków, zapożycza się - i jakby nie rozumie, że to byle jakie życie zawdzięcza sobie. Rozum kompletnie nie panuje nad żywiołową naturą.

Jest jak woda gwałtownie spadająca ze skał. Cud, że płynie dalej.

Ta nasza młodość z kości i krwi
Ta nasza młodość co z czasu kpi
Co nie ustoi w miejscu zbyt długo (...)   

Ona kwiatem we włosach
Octem w jabłkach jest pierwszych
Gorzką pianą na piwie
W świata gwarnej oberży*)

----------------
*) Fragment ody o młodości wykonywanej przez Piwnicę pod Baranami.

 

piątek, 18 maja 2018
Msza obiadowa

Szczęść Boże, smacznego - zadudnił od progu. Był monstrualny. Sutanna na nim jeszcze większa. Może specjalnie taką obstalował, by grzeszyć do woli?

Za nim wemknął się drobny mężczyzna w roboczym ubraniu.

Zasiadł u szczytu stołu, w miejscu jak najbardziej centralnym, szeroko rozłożył ręce w geście pan z wami i przez całą salkę najlepszego baru w mieście, z charakterystyczną księżowską melodią, zaczął: Pani Reniu, przyprowadziłem na obiad bożego robotnika. Co dziś zjemy? Wszystko mamy na tablicy, proszę wybierać. Westchnął. Jaka zupa? Pani Renia udała się do oddalonej tablicy i zaczęła grzecznie czytać. No niechże będzie ta jarzynowa. A jakie są drugie dania? Sztukamięs, tak sztukamięs z ziemniakami. A surówki, jakie macie? A te buraki to gotowane? Niechże będą. Dla pana Jana to samo. 

Zanim dostał zupę, zobaczył to, co mnie podała pani Renia. I już diabełek do ucha: to lepsze, tego więcej. Pani Renu, zadudnił, czy pani już to drugie zamówi..., ale pani Renia właśnie znikła za drzwiami kuchni. 

Kiedy przeszli do sztukamięsa, zażądał głosem donośnym: I jeszcze pół litra coli. Zjadł, popił, beknął i rozłożył ręce na pan z wami. Pani mnie podliczy. Trzydzieści. Zaraz przyjdę, zaraz przyjdę, zapewniał, ale ani drgnął.  A słodkie pani ma? Są naleśniki z serem. Niechże będą. Ale ile sztuk, bo mam kilogram. Kilogram, kilogram, potwierdził. Pięćdziesiąt, doklikała naleśniki do rachunku. Poszedłby człowiek teraz się położył, a tu iść trzeba. A już dziś wraca ksiądz do siebie? Jeszcze nie, dopiero jutro pojadę.

Robotnik boży wstał, podziękował za obiad i wyszedł. Teraz był wysoki i dobrze zbudowany. Ksiądz zamówił drugą butlę coli.

 

 

 

wtorek, 15 maja 2018
Nie potrzeba im ALIBI

Spektakl autorstwa i reżyserii pana Łukasza Wylężałka "Alibi" miał swoją premierę w poniedziałkowy wieczór. I jak to u Wylężałka - fabuła nie zakłóca nadmiernie postaci, które się męczą same ze sobą w przepastnych głębiach swych wnętrz. Robią to co mają do zrobienia, jednocześnie zupełnie nie wychodząc na zewnątrz, siedząc w czeluściach psychik i dłubiąc tam. Nienachalnie, nieintensywnie szukają ścieżek, wiodących skutecznie do innych ludzi lub choćby w ich pobliże. To się nie udaje, mimo prób. Introwertyka trzeba pokochać razem z jego osobnością. Gertruda - pani Agnieszka Warchulska - najbardziej wychylona ku realizacji swoich marzeń i tak zostaje wygaszona przez panów : stróża Dimę - pan Jan Jankowski i komisarza Ramonę - pan Andrzej Mastalerz.

Wszyscy idealnie wpasowani w niepodrabialną atmosferę spektakli reżysera. Świetni aktorzy, a może i pokrewieństwo dusz?

Tagi: teatr
09:59, radocka , Pięknie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 maja 2018
MOJA WALKA. Księga czwarta

Karl Ove ma osiemnaście lat, nie czuje potrzeby studiowania, wyjeżdża na północ Norwegii do pracy jako niewykwalifikowany nauczyciel. Ląduje w małej wiosce.

Otwierając kolejną "Księgę walki" Karla Ove Knausgårda wchodzimy w jego życie jak do skandynawskiego domu: szlachetnego w swej prostocie, niezbyt dużego, bez nadmiaru przedmiotów.

Życie Karla Ovego szesnasto-, siedemnasto- i osiemnastolatka jest nieskomplikowane jak jego marzenia: upijać się, podrywać dziewczyny, spróbować pełnego seksu, zostać pisarzem. Droga do realizacji tych chceń ściele się przed nim i wije, ale poza upijaniem się, prosta nie jest.

Ta część "Mojej walki" powinna być lekturą obowiązkową dla nastolatek, zachłystujących się dłuższym spojrzeniem jakiegoś chłopaka i snującym egzaltowane domysły: Ach, podobam mu się, ach zakochał się we mnie, ach będziemy razem do końca życia, wynikającymi z kompletnej nieznajomości męskiego usposobienia.

Nie mają pojęcia, że są obiektami ćwiczebnymi. Li i jedynie.

niedziela, 06 maja 2018
Karmienie pychy

Najlepszy bar w mieście jest instytucją pro bono. 

Pomnę mój pierwszy raz w tym barze. Od samego progu przestałam stąpać po ziemi: przyszłam na obiad, ale furda tam pospolitość spożywania: Ja tu przyszłam czynić dobro. Wyjątkowość moich intencji łączyła się z wyjątkowością intencji pozostałych obiadowiczów, zwykle wysuszonych starców i pulchnych staruszek w pielgrzymkowych sandałach i płóciennych kapelusikach. Siedzę więc w tym niewielkim pomieszczeniu, patrząc na nie wprawnym okiem pani Magdy Gessler. Natychmiast powyrzucałabym wszystkie durnostojki, suche gałęzie i sprane obrusy.

Jem filet z ryby (piątek!) z ziemniakami, surówką porową i czuję, jak wkładając do ust najmniejszy kęs, czynię dobro. Jak moje zęby gryząc go, czynią dobro. Jak moja ślina mieszając wszystko, czyni dobro. Jak mój przełyk  wpuszczając to do żołądka, czyni dobro. Jak żołądek trawiąc, czyni dobro. Jak wątroba dolewając żółci, czyni dobro. Jak jelito cienkie, jak jelito grube, jak... Słowem nie jem z głodu. Jem z miłości do bliźniego.

Tego dnia moja nasłodzona samą sobą pycha unosiła się jak gołębica.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 97
Archiwum
Zakładki:
Z pamięci i z wyobraźni