Kategorie: Wszystkie | Dziwnie | Pięknie | Sennie | Smutno | Straszno | Śmiesznie
RSS
wtorek, 16 stycznia 2018
Biesiada (nie tylko) u hrabiny Kotłubaj

Z Witoldem Gombrowiczem jest tak: znam, cenię, szanuję ale - czemuś - nie podziwiam i nie lubię. Może dlatego, że jest za gęsty. Może dlatego, że słuchanie jego tekstu jest chropawe, chwilami kolczaste, ergo - bolesne. Trudno zwyczajnie słuchać, gdyż bon moty, złote myśli, mądrości nie wpadają ot tak, łagodnie do ucha i nie układają się w głowie. One natychmiast stawiają uwagę na baczność, bo takie celne, bo należy zapamiętać! A tu obsada - marzenie: hrabina - pani Anna Polony, markiza - pani Barbara Krafftówna, baron Apfelbaum (czyli Jabłonka) - grasejujący pan Bohdan Łazuka. A jeszcze w roli narratora - pan Piotr Adamczyk, w roli kucharza Filipa - pan Grzegorz Małecki (zawsze pierwsza myśl - pan Grzegorz, przepraszam, Seniuk). Matko kochana, jakaż to była przyjemność obserwowanie tych mistrzowskich, jedynych na świecie osobowości, dodanych do wyśmienitego, groteskowego aktorstwa...

To patrzenie na koalicję pięknie sklepionych czół.

I tylko tekst przeszkadzał. Wrywał się w mózg, zostawał, mącił przyjemność.

"Talentów nie należy szukać pod mikroskopem". Może tam też.

"Cóż by to było, gdyby gmin odkrył, że nasza dupa taka sama?" Ciągle jeszcze nie odkrył.

"I w naszej sferze zdarzają się twarze gorsze od dupy". W każdej, niestety, w każdej.

"Nie trzeba być bogiem, żeby mieć wyznawców".

Mam nieodparte wrażenie, że we własnym mniemaniu - był.

sobota, 13 stycznia 2018
Śmierć (nie) jest ważna

Takiego bólu na twarzy nie miała nigdy w życiu. 

Wiesz, stała się tragedia: mój syn pokłócił się ze swoim partnerem, tamten go uderzył, syn powiedział: skoro mnie bijesz, to pakuj się i wynocha. I tamten wyszedł. Przez balkon. Syna zabrała policja.

Tyle wystarczyło, nie dopytywałam o szczegóły, bo i po co. 

Byłam wstrząśnięta i chciałam z tym zostać.

Zrozumiałe, że sprawa jest dyskretna.

Ale powiedziała jeszcze dwóm osobom i - zaczęło się. Łażenie, szeptanie, dopytywanie: a które piętro, a kto zadzwonił po pogotowie, a bardzo go pobił, a pijany był, a miał wcześniej skłonności, a długo byli razem, a jak się nazywał, a ma opiekę psychologa, a w gazetach nic nie było, a policja zwykle zawiadamia prasę, a...

Nawet wobec śmierci nie milkniemy.

Rozklepiemy, rozględzimy, rozniesiemy, rozgadamy, przegadamy.

Wyrażamy współczucie  tylko po to, żeby w nieszczęśniku otworzyć drzwi do zaspokojenia własnego wścibstwa.

 A potrzebna jest cisza i czas.

Żadnych psychologów.

niedziela, 07 stycznia 2018
Wszyscy mówią: Czytaj Knausgarda

Trudno odkrywać prozę Knausgårda, gdy wszyscy właśnie czytają, czytali, zamierzają przeczytać. Trudno żyć z poczuciem, że robi się to stadnie, gdyż czytanie z założenia jest osobne, wręcz intymne.

Czytanie książki to rozmowa z samym sobą.

"Moja walka" zachwyca na takiej samej zasadzie, jak zachwyca celebra mszy; to są odwieczne doznania zamknięte cytatem z "Rejsu" o tym, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. 

"Moja walka. Księga druga" pozostawiła we mnie zbyt duży ciężar walki autora z samym sobą. Nieprawdopodobny mozół codzienności, poddawanie się rutynowym obowiązkom, bo to - obowiązki, a jednocześnie doskwierająca chęć urwania się z niej i - pisania.

A u mnie odwrotnie.

Nieprawdopodobny mozół pisania i doskwierająca chęć urwania się ku radości banalnych codziennych czynności.

wtorek, 02 stycznia 2018
Przyjaźń eteryczna

Przyjaźń z maestrą nawet po tylu latach nie jest moim obowiązkiem.

Przyjaźń z maestrą jest moją nieustanną przyjemnością.

 

piątek, 22 grudnia 2017
MOJA WALKA na śmierć i życie

Najpierw jest dożylny opis śmierci z rozkładaniem się ciała niemal minuta po minucie. Potem pytanie dlaczego boimy się umarłych; nie chcemy ich widoku, nie potrafimy dotykać. Właściwie to esej. Wspominanie dzieciństwa, młodości. Długo to trwało, było nużące. Matko kochana i tak przez sześć tomów?

Na (nie)szczęście zmarł ojciec Karla Ove i - ku zaskoczeniu - narracja nabrała lekkości, kartki fruwały w szybszym tempie.

Obaj bracia Karl Ove i Yngve jadą do babci, gdzie mieszkał ostatnimi laty ich ojciec. Zastają dom pełen butelek po alkoholu, gnijących resztek, spleśniałych ubrań, kurzu i grubego brudu. Zarośnięty ogród i nieobecną duchem, cuchnącą moczem, niekąpaną od miesięcy babcię. W oczekiwaniu pogrzebu biorą się za gruntowne porządki. Jak ojciec mógł babci, czyli swojej matce zgotować taki los? 

Wielostronnicowy opis sprzątania jest tak sugestywny, że po pierwsze: autor i gówna postać powieści - Karl Ove Knausgåd niewątpliwie sprzątać potrafi, po wtóre: skłania mnie do niezwykle solidnego potraktowania łazienki: szczoteczka do zębów, nożyk, patyczki do uszu i wykałaczki też się przydały.

Po jakiejś części porządków posiłek. Przypominanie sobie jedynego pogrzebu na jakim dotychczas był Karl Ove. To pogrzeb dziadka - ojca matki. Posiłek po. Dziadek leży w ziemi, a oni jedzą gorącą zupę. Tym, że podnoszą łyżkę do ust, potwierdzają swoją moc: jeszcze żyjemy skoro jemy, jeszcze będziemy żyć, pożywna zupa nam to zapewni, zupa jest ucieczką od śmierci.

Babcia co i raz podpytuje, czy oni piją do obiadu, po obiedzie, po kolacji. Karl Ove sądzi, że to trauma po obcowaniu z alkoholikiem, więc zapewnia, że nie. Po pewnym czasie Yngve mówi, że jest akurat odwrotnie, że babcia w ten sposób daje im do zrozumienia, że chętnie by się napiła. Yngve ma rację. Wstrząsającą rację. "Przez pierwsze pół godziny siedziałem jak skamieniały, sztywny z niechęci bo ona była niczym wampir, który nareszcie napił się krwi, widziałem to, naprawdę tak było: życie w nią wracało, po kolei wypełniało jej członki. To przerażało, naprawdę przerażało."

Babcia po każdym wstaniu z krzesła, fotela, stołka ujawnia kałużę moczu. Udają, że nie widzą, nie czują. Miłość i szacunek.

Karl Ove nie ma najlepszych wspomnień o ojcu. Ojciec był obok ale nie nawiązał z nim kontaktu. Potem latami się nie widzieli i żadnemu to nie doskwierało. Po śmierci syn całe dnie płacze.

Umarła nadzieja.

środa, 20 grudnia 2017
Beckett i Komorowska

Dawno, dawno temu, ale już za wolności, przy bramie na cmentarz powązkowski zobaczyłam panią Maję Komorowską. Kupowała kwiaty w budce obok, mówiła coś do sprzedawczyni, powietrze wokół niej furkotało, migało, nabierało kształtu i koloru. Wzięła bukiet i popłynęła, nierzeczywista i eteryczna, w stronę bramy. Lekkość z jaką szła unosiła ją nad ziemię. 

Wczoraj w Tv Kultura powtórka spektaklu z 2009 roku "Szczęśliwe dni" Samuela Beketta w reżyserii pana Antoniego Libery. Winnie, kreowana przez panią Maję, pięknie stara, z rozwichrzonymi włosami, w sukni i kapelusiku barwy czerwonego wina, podkreślającej szlachetne rysy twarzy. Z kopca ziemi widać tylko popiersie, które gada, plecie, opowiada, filozofuje, rozmawia z samą sobą albo z mężem (tu niemal niewidoczny pan Adam Ferency). I znów to samo odczucie ulotności, nierealności. Ma w sobie coś z porcelanowej lalki. Ten błąkający się uśmiech, te wysoko podniesione brwi. 

W drugim akcie z kopca widać jedynie głowę aktorki, wrażenie pozostaje. 

Beckett pisał dla Komorowskiej. Pasują do siebie jak ulał.

Tagi: teatr
10:24, radocka , Pięknie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 grudnia 2017
WOLNOść

Wolno mu nie wiedzieć,

więc wiedział nie będzie,

bo wiedzieć mu po cóż,

skoro inni wiedzą.

 

niedziela, 10 grudnia 2017
Im więcej tym

Książki są coraz grubsze. Pięćset stron to norma. Po co są aż tak masywne? Skąd się bierze potrzeba pisarza, żeby wyrzucać z siebie miliony słów, miliardy liter? Czy chodzi o pieniądze? Nie mam z kim pogadać, więc piszę? A może to ta techniczna łatwość - komputer? Gdyby musiał piórem, po stokroć przepisywać, poprawiać błędy, robić kopie przez niebieską kalkę, to byłby zwięźlejszy? 

Coraz więcej słów, coraz głupszy świat.

I takaż książka - najgrubsza z grubych - zajmuje ostatnio mój czas. Kupiłam pięć tomów, zdaje się pokazał się szósty. Karl Ove Knausgård przed pięćdziesiątką dopiero, kto wie, kto wie...

Tytuł dosłowny:"Moja walka". Czy moje życie było walką? zadałam i sobie to pytanie. A czy życie w ogóle jest walką? Tysiące i setki lat temu było codzienną wojną o przetrwanie. Teraz też - gdy wojna. 

Bo są tacy, dla których walka jest życiem.

czwartek, 07 grudnia 2017
Zapach

Popatrz, tyle książek! Chodź, wybierz jedną, kupię ci, jaką tylko zechcesz - rozentuzjazmowana mama ciągnie synka do księgarni.

Synek otwiera jedną z książek i wciska nos między stronice.

Pachnie Bogiem - mówi.

sobota, 02 grudnia 2017
GAPA

Stanęła przy drzwiach jak robią ci, którzy tylko jeden, dwa przystanki. Starsza, włosy na czarno, resztki trwałej. Zniszczona twarz.  Bardzo zwykła. 

Autobus przyhamował, drzwi się otworzyły. Dzień dobry, proszę przygotować bilety do kontroli - naprzeciwko starszej stanęła młodsza, korpulentna. Ale ja chcę tu wysiąść. Oczywiście, okaże pani bilet i wypuszczam.

Chwila ciszy.

Nie ma pani biletu. Proszę dowód tożsamości. 

Ale ja naprawdę chciałam kupić bilet - broni się głosem donośnym - tylko drobnych nie miałam. Rozumiem, poproszę dowód tożsamości. Ale ja chcę tu wysiąść. W porządku, da mi pani dowód i wysiądzie pani. Ale ja naprawdę chciałam kupić bilet. Poproszę dowód. Kobieto, zrozum drugą kobietę! Poproszę dowód. Niech pani będzie człowiekiem!

Autobus stał na przystanku od pięciu minut. Niech pani da ten dowód, blokuje pani odjazd, a my się śpieszymy do pracy - odezwała się pasażerka.

Ludzie ratujcie!

Cisza.

Co za ludzie - jęknęła - za komuny nie do pomyślenia.

Sięgnęła po dowód, obie wysiadły.

Całe ciepło wypuściła. Całe ciepło.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 93
Archiwum
Zakładki:
Z pamięci i z wyobraźni