poniedziałek, 08 lutego 2010
Na ZAWSZE
Kiedy wojska lądowe oddawały córkę marynarce wojennej...
Marynarka wystąpiła w liczbie pięciu oficerów na galowo z kordzikami przy boku. Jedna marynarka przodem w parze z narzeczoną, wyglądającą jak Ulica Japońskiej Wiśni*) i do pełni wizerunku brakowało tylko drobienia stópkami. Ulica miała stopy jak się patrzy umieszczone w białych kozakach, w które wcisnęła góralskie skarpety, pocerowane przez babcię. Te cztery marynarki z tyłu to zapewne dla efektu, a poniekąd i pewności, że Ulica, która w głowie ma poukładane artystycznie, dotrwa przed ołtarzem do końca. Bo to już raz się zdarzyło, że Marynarka zapragnęła zmienić się w okręt podwodny i zniknąć Ulicy z horyzontu, ale została nakłoniona do wynurzenia i zakotwiczenia w porcie, bo nie ze mną te numery Brunner. Marynarka więc pewności mieć nie mogła.
Do ślubu zostali zawiezieni Alfa Romeo. Etatowo ostatnio wozi pod kościół Wujeczek, mając na siedzeniu obok kobietkę swego życia, czyli córkę Gusławę. Co bardziej dociekliwi od razu się zaczęli zastanawiać, które z młodych jest Alfa, a które Romeo.
Kiedy zaczęło się powtarzanie za księdzem znanego tekstu, okazało się, że Ulica oraz Marynarka niebywale nowatorsko go interpretowały. Zrobiło się małe theatrum z domieszką kabaretu, bo Ulica miała wyraźny śmiech na twarzy i w głosie, a Marynarka postawiła głos na baczność, jakby zdawała raport dowództwu. Z każdym słowem publiczność uśmiechała się szerzej, potem śmiała pod nosem. Całe szczęście, że to krótkie teksty, bo doszłoby do profanacji sakramentu przez śmiech. Wszyscy byli pod wrażeniem talentów aktorskich oraz przesłania wypowiadanych słów, że to tak nie do końca na poważnie.
A potem zabawa oraz zabawa i przyglądanie się grupkom przeróżnym i kolorowym, bo państwo młodzi oprócz marynarki wojennej mają też w zasięgu artystów różnych kolorowych; a to tancerza pięknego w niezobowiązującym fraku, a to artystkę fotografkę (różowy z czarnym), a to przeszczupłego koleżkę, który raz zagrał w "Rodzinie zastępczej", a potem się szukał i nie wiem czy odnalazł, choć wyglądał w czarnej podkoszulce z wieńcem grubych łańcuchów przebosko i widać było, że artysta, bo wyglądanie jak bohema ma w małym palcu. Był też świetnie zapowiadający się reżyser. Przy okazji świętował nagrodę za swój pierwszy film, otrzymaną na prestiżowym festiwalu, choć nikt nie pamiętał na jakim. Ale należała mu się bezsprzecznie choćby za ten twórczy cytat z "American beauty", gdzie jego aktorka leży sobie w parówkach, zamiast w płatkach róży, bo kasę na produkcję dała firma parówkowa i nie było gadania.
Było też kilka osób, w rozmowach z którymi dominowało słowo wolność, w tym Absolutnie Piękna, która im starsza tym piękniejsza. Mąż nie przyjechał, bo psy. A wolność przyniosła jej choroba męża, który zaległ na dłużej w szpitalu i nie miał kto jej wozić do miasta z przepięknie położonej na wzgórzu - acz odległej - posiadłości. Trzeba było nauczyć się prowadzić samochód. Nieważne jaki, mówi, wsiadam i jadę. Absolutnie Piękna i jej samochód tworzą niezwykle harmonijny związek.
I jeszcze Kuzyn, który wolność odzyskał, gdy pewnego dnia nie wstał do roboty. W północnym chłodnym kraju, gdzie pracował od lat i miał ugruntowaną markę oraz świetne zarobki. Tak jakoś do niego dotarło, że dzieci prawie nie zna, a żona, elegancka kobieta z klasą, sama. Ona jest miłością mojego życia - powiedział mi w tańcu. Kto? - spytałam, bo zawsze myślałam, że kobietą jego życia jest praca, a tu się okazało niespodziewanie, że żona. A ja jej - dodał od razu, bo mogłabym mieć wątpliwości, po kilkunastu latach rozłąki, wyglądającej na klasyczną ucieczkę.
Dało się zaobserwować zajęcia w podgrupach, a najliczniejszą tworzyli panowie skupieni wokół stoiska staropolskiego z korniszonami, smalczykiem, siwuchą i wędlinami wyrobu domowego, z których Udo Panny Młodej zostało objedzone do kości. Zapraszał Drogi Es, autor licznych wyrobów oraz nazw dla nich. Czuwał i częstował, mając przy boku żonę a matkę, Drogą Es.
Najbardziej zajęty wydawał się Węgier po Angielsku, który tańczył bez ustanku, a w przerwach filmował. Może wigoru dodawała mu nowa żona w blond rudych fiokach, czarnej sukni z koronki, której wiek zdradzało wysokie rozcięcie z boku i koronkowe mitenki...
Ech, długo by pisać...
Cieszyłam się na rozmowy z tymi, których zawsze lubiłam, a których nie widziałam co najmniej lat dziesięć. Patrzyłam jak się zmienili, jak pokonały ich w życiu głupota, mitręga, nuda i alkohol. Albo oni wszystko pokonali. I pomyślałam, że może być tak, że to już ostatni raz.
Że już nie zdarzy się żaden pretekst.
----------- *) Tekst Agnieszki Osieckiej. http://www.emuzyka.pl/piosenki/Agnieszka-Osiecka,Ulica-Japonskiej-Wisni,87905
piątek, 05 lutego 2010
BABADAG sam smak
Nie przyniosłem pani jeszcze tej książki - powiedział pan Borys, mając na myśli pożyczoną mu jakiś czas temu rzecz Andrzeja Stasiuka "Jadąc do Babadag".
Smakuję ją.
poniedziałek, 01 lutego 2010
An EXAM
Spokojnie, spokojnie, wspieram samą siebie przed testem z angielskiego. Dotychczasowy wysiłek ma zaowocować międzynarodowym certyfikatem. Sama sobie ten ból zadałam. Przymusu nie było. Ale w końcu trzy lata nauki... A jeśli - przecież to nie koniec świata. A jednak, siedząc już w ławce - oczywiście każdy chciał siedzieć w ostatniej - czuję się jak przed maturą. Jakby od tego zależało moje dalsze życie lub co najmniej kariera zawodowa. A co to robić takie egzaminy - zaczyna kobieta z blond pierzem na głowie - przerobiliśmy tylko pół podręcznika przecież. By się nie wygłupiali. Ale to przecież nie było przymusowe. Można było się nie zapisywać - staję po stronie prawdy, jak zwykle bez względu na konsekwencje. Ale to przecież wszyscy mogliśmy się zbuntować - jęczy Pierzasta. Ale nie było przeciwko czemu - upieram się.
Pierzasta sprawiała przez cały rok wrażenie przysypanej zaspami słówek, czasów, kolokacji, pisowni, wymowy. Czasem udało jej się spod nich wysunąć z trudem pół głowy i jęknąć: Ratunku! Ale już po chwili Naszpan anglista zasypywał ją znowu swym zmysłowym angielskim. Pierzastej marnie więc szło i chciałaby, żeby wszystkim marnie szło. A tu znaleźli się desperaci gotowi zapisać się na listę egzaminacyjną i nagle dostała ambicji, że głupio się nie zapisać. Odruch stadny dotknął zresztą całą grupę bez względu na kompetencje.
Wysoka komisja rozdaje druki testu. Spokojnie, tylko spokojnie. Pierwszy czteroczęściowy etap to słuchanie. Po łatwej pierwszej dostaję ataku paniki. Przestaję słyszeć. A lektor czyta bez przerwy, więc zakreślam przypadkowe punkty. Przy trzeciej części - ku mojemu zaskoczeniu - koncentruję się, mam jasne myśli i wyrobione ucho. Zdumiona analizuję możliwości własnego systemu nerwowego. Takiego przeskoku w życiu nie przeżyłam. Ach, to jest ta mityczna adrenalina!
A może testosteroooooon?
czwartek, 28 stycznia 2010
Nie UCHYBIA
Doniosę...Nie doniosę...Donioosę... - dobiega mnie w kuchni. Rzucam wszystko i gonię do telewizora. I tak już od paru tygodni.
Reklamówka herbaty Lipton w wykonaniu pana Wojciecha Manna ma wszystko, czego potrzebuje widz i konsument taki jak ja: inteligencję, finezję, dowcip, wdzięk, suspens. Nie obraża mnie, nie dociska do ściany, nie uważa za niedouczonego, nie używa łopaty.
Mam nieodparte wrażenie, że w jej konstruowaniu, a przynajmniej w warstwie tekstowej, pan Mann maczał - za przeproszeniem herbaty - palce. Bo taki jest styl wszelkich wypowiedzi pana Manna: inteligentny, finezyjny, dowcipny, pełen nieodpartego wdzięku. I nikt nigdy nie powie, że to popłuczyny - za przeproszeniem herbaty - po Kabarecie Starszych Panów. To wzorzec. Mistrzowski.
Dla Mistrza.
wtorek, 26 stycznia 2010
KONCERTowo
W poniedziałek wreszcie o godnej porze, powtórka spektaklu "Koncert" autorstwa Feliksa Falka w reżyserii Janusza Dymka z roku 1997. Od razu poprzez tematykę oraz wykonawcę roli głównej, czyli Mistrza Zapasiewicza, nabrałam smaku na oglądanie. Bo jak tu nie porównywać z 'Cyrografem'? Jak nie sprawdzać aktora, który tam grał utalentowanego pisarza i szukał sposobu na sprzedanie się w nowych okolicznościach przyrody, a tu jest kompozytorem w kryzysie twórczym, który nie chce tego przyjąć do wiadomości? I jeszcze przypomniał mi się "Baryton", film Janusza Zaorskiego z rolą grał śpiewaka, który stracił głos i nie chciał tego ujawnić przed publicznością...
Tylko - dlaczego nie pamiętam "Koncertu"?
Ucieszyło mnie to.
Ale zaraz potem - zaniepokoiło.
I się okazało.
Nie pamiętałam, bo - nie było czego pamiętać.
czwartek, 21 stycznia 2010
Wystraszony
Czy pani wie, która jest godzina? - spytał pucołowaty, grzecznie wyglądający chłopiec, na oko jedenastoletni. Wiem - sięgnęłam po komórkę. Pobiegł zerknąć na rozkład jazdy. Zaraz wrócił. Stanął przede mną i zaczął mantrę: Żeby już przyjechał, żeby już przyjechał, żeby już przyjechał... Wie pani, mnie goni jeden chłopak. Chce mi wlać. A ja go zmyliłem. Poszedłem innym przejściem między blokami, o tamtym. A on leciał za mną, ale mój kolega go zmylił, bo powiedział, że poszedłem inną drogą. A dlaczego chce ci wlać? - udało mi się wedrzeć w jego rozemocjonowany monolog. Bo go walnąłem. Ale już się pogodziliśmy, ale już się pogodziliśmy - powtarzał, jakby prosił samego siebie o rozgrzeszenie. A potem on przybiegł tu na przystanek, nie zobaczył mnie, bo się schowałem za drzewo...
Rozejrzałam się.
W pobliżu nie było żadnego drzewa.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Olga Tokarczuk lekko
Od pierwszych zdań uczucie, że wchodzę w dobrze znany świat. Świat, za którym podświadomie tęskniłam, bo leży we mnie jak ulał. Znany, bezpieczny, a jednak pełen intrygujących niespodzianek. Niewielki, określony nazwą Kotlina Kłodzka, a jednak rozszerzający się o terytoria mistyczne, prawdopodobnie istniejące, choć żeby istniały, trzeba dopuścić taką możliwość we własnej głowie. Odkrycie niezwykłe i zaskakujące. Pani Olga Tokarczuk, której fanką i nabywczynią twórczości jestem od pierwszej książki, nawet jak napisze kryminał, to będzie to kryminał mądry, serwujący dużą dawkę wiedzy z obranej dziedziny - w tym wypadku: poezja Blake'a, astrologia, mentalny domniemany świat zwierząt. I zawsze znajduję tam coś z psychologii, jakąś niewielką, trafną notkę charakteryzującą kogoś mi znanego.
Jak ta o ludziach bezużytecznych. "(...)To dziwny rodzaj lenistwa, kiedy okazje przechodzą koło nosa, bo się zaspało, bo nie chciało się pójść, bo się spóźniło, bo się zaniedbało. To skłonność do sybarytyzmu, życia w lekkim półśnie, rozpraszania się na drobne przyjemności, niechęć do wysiłku i zupełny brak skłonności do rywalizacji. Długie poranki, nieotwarte listy, odłożone na później sprawy, zaniechane projekty. Niechęć do każdej władzy, do podporządkowania się, milczące, leniwe chodzenie własnymi drogami. Można powiedzieć, że z takich ludzi nie ma pożytku."
Albo jak ta o perfekcjonistach we wcześniejszej "Grze na wielu bębenkach". "Kochany Tatusiu, wie Tatuś, jak się czuje człowiek niekochany? Czuje, ze wszystko co robi jest złe i nawet, gdy przestaje to robić to to też jest złe. Wszystko w nim jest do niczego. Jest szmatką, papierkiem rzuconym na ziemię. Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju, będzie robił wszystko, żeby stać się godnym miłości, ale nigdy mu się to nie uda. Może z takich niekochanych ludzi biorą się wszyscy perfekcjoniści, ponieważ nigdy żaden rezultat ich nie zadowoli, będą pracować jak woły bez możliwości spełnienia, bez nagrody. Kraina Syzyfów i tych, którzy nabierają wodę sitami."
Przed laty, gdy pani Olga miała własne wydawnictwo w Wałbrzychu, pozwalałam sobie po lekturze każdej nowej książki wysłać parę słów o moich wrażeniach z lektury na ten adres. Dostawałam odpowiedzi.
Teraz Wydawnictwo Literackie stoi przed Autorką murem.
czwartek, 14 stycznia 2010
PrzyZWYCZAJenie
Niewiele mi było trzeba tego dnia. Spałam ze cztery godziny, więc chodziłam jak burza gradowa. Ale jakoś nikt nie wykonał najmniejszej zaczepki, żebym mogła dać upust. Po siedemnastej w miejskim autobusie wreszcie myślałam, że zaraz dotrę do łóżka i odeśpię.
Przednim wejściem wgramoliła się bardzo starsza pani. Z kulami. Dobrnęła z trudem do siedzenia i niezdarnie starała się usiąść. Autobusy mają przednie siedzenia na schodku, bo pod spodem koła. Jak oni nie myślą o starszych ludziach - syknęła mi w ucho współpasażerka - żeby tak wysoko ustawiać te siedzenia. Jaki starszy człowiek sobie poradzi z wejściem! Ale ta wysokość wynika zapewne z konstrukcji - wymądrzyłam się jakbym całe życie autobusy projektowała. Nieprawda - syknęła malkontentka - w poprzednich były niżej. Nie były. I co - puścił mi bezpiecznik - już do końca świata ma być tak jak wcześniej? A poza tym, niech pani się rozejrzy, czy przy tych miejscach są oznaczenia, że to dla dzieci, staruszków, czy schorowanych? Nie! Nie ma żadnych. Oznaczenia są przy niskich, wygodnych siedzeniach obok środkowego wejścia! Siedem takich oznaczonych miejsc tam jest. Dlaczego pchać się na te, które są dla sprawnych? - czułam jak błogo uchodzi ze mnie złość niewyspania. Ale ludzie się przyzwyczajają - podniosła głos. Raczej chętnie odzwyczajają od myślenia - wściekłam się. Żyją na pamięć - chciałam mieć ostatnie słowo. I miałam.
Wysiadłyśmy na tym samym przystanku. Obie uśmiechnięte.
Dobranoc. Dobranoc.
poniedziałek, 11 stycznia 2010
W DOMU ZŁYM
Ciągłe porównywanie. Popisywanie się czytaniem kodów. Że polskie "Fargo". Że milicjantka w ciąży. Że "Wesele" tegoż reżysera Wojciecha Smarzowskiego, to były pieszczoty, a "Dom zły" to dopiero jest jazda bez trzymanki. Że motyw morderstwa ze sztuki Henryka Rostworowskiego...
A trzeba było niczego nie mówić i niczego nie pisać. Nie zagadywać, nie paplać, nie rozmydlać siły tego dzieła.
Napisać tylko, iż powstał film genialny.
Najlepszy jaki od lat widziałam w polskim kinie. I nic mu nie przeszkadza znakomita gra aktorów. Wplata się w całość misternie i niezauważalnie. Aż dziwne, że tak jubilerska robota służy takiemu nagromadzeniu obrzydlistwa, brudu, gówna, dna, błota i posoki. Ludzkiego.
I zupełnie nie pojmuję dlaczego recenzenci pisali, że ten nadmiar kloaki, który nas zalewa za przyczyną fabuły, powoduje, że wychodzimy z seansu oczyszczeni.
Nie pojmuję.
Patrzyłam na dzieło sztuki.
A nie na proszek do prania.
czwartek, 07 stycznia 2010
SZTUKA żebrania
Widywałam go wielokrotnie. Zwykle krążył obok salonu artystów plastyków, w którym sacrum czekało na profanum. Zanim się jednak tam weszło, trzeba było przedrzeć się przez niego. Quasimodo, myślałam, bo - wprawdzie bez garba - ale twarz miał tak szpetną, że od razu uciekałam wzrokiem gdziekolwiek, byle nie patrzeć. Oczy w różnych miejscach, brak fragmentu dolnej wargi, pokrzywiony nos. I nie były to pozostałości jakiejś tragedii. Skóra gładka i nienaruszona. Pewnie wady genetyczne.
Nie, nie klęczał z pudełkiem na monety, ani nie stał z wyciągniętą dłonią, chowając twarz. Wręcz przeciwnie. Była jego atutem w żebraczym fachu, tak jak u innych obcięte nogi, krzywe kręgosłupy i stopy pełne krwawiących ran, cynicznie wystawiane na widok publiczny. On przyklejał się do przechodnia i szedł z nim wypowiadając swoją kwestię. Wczoraj przykleił się do mnie. Nie reagowałam, nie odpowiadałam. Nie zniechęcało go to. W końcu stanowczo zażądał odpowiedzi na pytanie: To da pani, czy nie? Nie! - odpowiedziałam zdecydowanie.
Ale Żyd! - chciał mi dopiec, choć nigdy wcześniej tego nie robił.
Widać ta robota go wykańcza.
|
|